Autor:
Kite Millie
–
Harry, Harry co się stało? – bezwiednie potrząsam nim, chcąc wydobyć informacje.
On niepewnie chwieje się na nogach i mija chwila, nim zaczyna mówić.
– Dumbledore nie żyje – wykrztusza z siebie.
Zastygam,
Ron także. To nie koniec nowin.
– Snape go zabił! – teraz krzyczy, a ja
w duchu czuję ulgę, że są tu zaklęcia wyciszające, i niedowierzanie. Przesłyszałam się, racja? On nie powiedział
tego, co ja myślę, że powiedział. Albo.. pomylił się!
– Harry! – wydzieram się tak, że uspokajają
się natychmiast i wstrząśnięci przenoszą na mnie wzrok. – Powtórz raz
jeszcze – cicho nakazuję, jak robot.
– Snape zabił – przełyka głośno ślinę – Dumbledore'a.
Na wieży astronomicznej – dodaje po chwili. – Widziałem to. – Stwierdza fakty.
Razem
z Ronem powoli podchodzą do okna, by popatrzeć na rozchodzących się
uczniów. Wiatr mocno wieje, deszcz zacina.
Staram
się nie wpaść w panikę, myśleć racjonalnie. To nie może być prawda. Na raz
rozlega się grzmot, a ja wybiegam tajnym przejściem, kierując się do
lochów. Chłopcy nie zwracają na mnie uwagi, zajęci obserwowaniem. I dobrze.
Ślizgoni
znikają w przejściu PWŚ, ja zaś niepostrzeżenie skradam się do komnat
Mistrza Eliksirów.
Pusto.
Siadam na fotelu ustawionym tyłem do wejścia. Kiedy nauczyciel wchodzi do
środka, nie zauważa mnie. Idzie prosto do barku z alkoholem. Nalewa sobie
Ognistej Whisky i już bierze szklankę do ust.
Machnięciem
różdżki rozpalam ogień w kominku. On, zdezorientowany, podskakuje lekko.
Szybko obraca się w moją stronę z różdżką w ręce. Mierzy we
mnie. Zauważam, że szatę zmoczyła mu Whisky, a i po brodzie kapią kropelki
płynu. Normalnie roześmiałabym się, widząc go w takim stanie, a on na
to zmarszczyłby tylko brwi, mówiąc pod nosem: I co do ch***** jest takie
śmieszne?! Lecz to nie była ani normalna, ani tym bardziej odpowiednia chwila.
Na
mój widok podnosi lekko brew, lecz opuszcza różdżkę.
– Granger – warczy. – Jak widzę, nie straszna
jest ci avada. – Kpi sobie, ścierając rękawem ciecz kapiącą z brody.
Po
chwili kontynuuje nalewanie alkoholu, nie zwracając na mnie uwagi. Musiało go
zaintrygować moje milczenie, dlatego podnosi wzrok, by dostrzec mój poważny
wyraz twarzy. Unosi drugą brew, niemo pytając, o co chodzi.
– Jak? – pytam szeptem, prawie niezauważalnie
dreszcze przebiegają mi po plecach.
Jednym
haustem opróżnia swą szklankę i kolejną, zanim decyduje się przemówić.
– Zwykle zaklęcie uśmiercające, chyba poznałaś
je na IV roku?
Jego
szóstki głos i kpiny nie uspokajają tej rzeki myśli, jaka przepływa mi
przez głowę. Ranią tym, że mi nie ufa. Lecz czy ja w takiej sytuacji
powinnam mu jeszcze ufać?
– Dlaczego? – uświadamiam sobie, że mój głos
przypomina robota. Zimny, ani cienia uczuć.
– To dłuższa historia. – Usilnie stara się
mnie zdenerwować, lecz w ten wieczór ja nie jestem podatna na kłótnię. Nie
dam się sprowokować.
– Widzisz, Severusie – szok lekko wypełnia
jego oczy, podpowiadając mi, że się tego nie spodziewał, nie w tej chwili,
i tak szybko jak się pojawił, znika w bezkresnej ciemności. Mówię
wolno, lecz dobitnie. – Ja już siedzę – by poprzeć te słowa rozpieram się
bardziej na fotelu, zakładając nogę na nogę – nic mnie raczej z nóg zbić
nie może. – Nie potrafię sobie odpuścić tej drobiny złośliwości. Nie wobec
niego. – Mów. Słucham uważnie – pstrykam palcami, by za chwilę trzymać w nich
kieliszek wina. Obserwuję go z rosnącą ciekawością, niczym drapieżnik.
Ciekawe, co dziś jeszcze mi powie? Jak będą brzmiały jego kłamstwa. Wino
w ten czas cierpnieje mi na języku.
Wiedziałem,
że to się stanie. Prędzej czy później. Poniekąd byłem na to przygotowany. Zaś
z drugiej strony zaskoczyła mnie.
Żeby
od tak przychodzić do mordercy i żądać wyjaśnień?! Jeszcze spokojnie
siedząc sobie w pomieszczeniu. Tylko on i ona.
Nie
boi się, nie okazuje nawet cienia strachu. Potrafię to wyczuć.
Lecz
tu nie wyczuwam. Kiedy po raz wtóry taksuję ją wzrokiem, ona siedzi
niewzruszenie jak skała. Kiedyś dawno by już trzasnęła drzwiami, lecz nie dziś.
Dlaczego do ch****y?!
Nie
bojąc się niczego, przypuściła atak frontalny. Dała mi do zrozumienia, że nie
ruszy się stąd, nawet z moją pomocą, dopóki nie dowie się wszystkiego.
Nie
mogę wyjść teraz z roli. Nigdy nie dbałem o ten świat, ale o nią
tak! Dla niej musi w końcu być bezpiecznie! Ja? Zginę tak czy siak:
przysięga to wariant pierwszy. Mało? Wariant drugi: zostanę zabity w walce.
Wniosek? Nie przeżyję tej wojny.
Nigdy
się co do tego nie łudziłem, w przeciwieństwie do niej. Ciężko było mi
słuchać jej wyobrażeń o pokoju na świecie. Mówiła, że będzie pomagać
w odbudowie szkoły i zastanawiała się, czy będzie musiała powtarzać
rok i czy zda OWUTEMY... Tworzyła wizje, nieraz zastanawiając się, co
powie rodzinie i jak przyjaciele zareagują na wieść o naszym związku.
Nie
mogę jej powiedzieć, załamałaby się.
To
ja muszę być pewny, że jasna strona wygra. Że ten dureń pokona tego kretyna
i nastanie pokój.
Nie
mogę wyjść z tej roli. Maska zimnego drania znowu gości na mojej twarzy.
Widzę jej lekkie drgnięcie powiek. Nie przypuszczała, że jeszcze kiedyś mnie
tam zobaczy. Nie sam na sam.
– Sądzisz, że Ci powiem, tak? Przeliczyła się
pani, panno Granger – cmokam z niezadowoleniem. – Zanim jednak opuścisz
moje kwatery, odpowiesz mi na jedno pytanie – ciągnął, nie spoufalając się
z nią. – Czy to ja według Ciebie zabiłem Dumbledore'a?
Musiał
to usłyszeć. Jego umiejętności nie mogły się stać wykrywalne, nawet przez nią.
Musi być perfekcyjnie przygotowany, by ocalić świat. W podświadomości
prycha na to stwierdzenie. Chrzanić świat,
musi ocalić ją!
Ona
podnosi się majestatycznie, jej wzrok ogarnia całą moją postać. Kiedy jest już
przy drzwiach, odwraca się, jakby w zamyśleniu kiwając głową na boki.
– To dla mnie troszkę za dużo jak na jeden
raz, Sev – jej głos lekko się załamuje. – Nie jestem głupia i ty dobrze
o tym wiesz. – Miała rację, ch*****ą
rację. – Za dużo się teraz dzieje, bym Ci mogła na to odpowiedzieć. Wiem
i czuję – przykłada dłoń do lewej piersi. – jak było naprawdę, lecz,
potrzebuję czasu – mówi, jak gdyby ją to bolało. – Muszę być pewna tego, co
robię i mówię, a w tej chwili – przełyka łzy, by szybko wyrzucić
z siebie ostatnie już dziś słowa. – Nie potrafię ci zaufać, Severusie.
Wybacz – jej dłoń zaciska się kurczowo na klamce. – Wybacz.
Powiedziałam coś głupiego i...
Wszystkie
emocje wylewają się z niej jakby tama pękała. Najpierw pojedyncze krople,
następnie fale. Gwałtownie szarpie stare drzwi, by zniknąć po chwili. On
dostrzega jeszcze zaciśnięte do krwi pięści i słyszy rozdzierający szloch
w czasie, gdy drzwi powoli domykają się.
Trzask!
Jego maska pęka, a on bierze zamach. Szklanka z kapką whisky leci.
Plask!
Ciecz rozpryskuje się na wszystkie strony, szkło w licznych odłamkach
spoczywa na podłodze.
Istne
pobojowisko – nie tylko w jego komnatach, także w umyśle. Skrzaty to
załatwią w pokoju, on musi się wyciszyć.
Być
twardym, dla niej! Nie podda się, póki ona nie będzie bezpieczna!
Jego
rysy wygładzają się w chwili aportacji. Pada na kolana tak szybko, jak
tylko jest w stanie, by zadowolić beznosego czubka. Lecz ON i tak
jest usatysfakcjonowany.
Nie
dostał dziś prezentu, by spisał się na medal. Lewa ręka Czarnego Pana po raz
kolejny okazała się niezwykle lojalna. Wszyscy świętują, a on planuje
dalsze kroki pod wodzą ciemnej strony.
Nigdy
nie był wśród niech wesoły. Wesoły Snape? Słyszał ktoś o czymś tak
nierealnym?! Dlatego teraz nikogo nie dziwi jego szyderczy uśmiech; w rzeczywistości
ponury.
Od dziś przyczynia się do zwycięstwa i odniesie
je. Lecz za jaką cenę. Po raz kolejny rani najbliższą mu osobę, by chronić ją!
Czy to źle? Racjonalnie ocenił, że to I dobry uczynek. Naprawdę dobry
i za to musiał już wypić!