czwartek, 14 stycznia 2016

To on jest powodem, dla którego wstaję rano z łóżka...



Otwieram oczy rano, wstaję i uśmiecham się do siebie.
Dlaczego? Ponieważ jestem szczęśliwa.
Zawsze zastanawiałam się, co mnie czeka po Hogwarcie.
Będę pracować w Ministerstwie? Będę uczyć w Hogwarcie? Wyjdę za mąż i zajmę się dziećmi?
Jeżeli tak, to, z kim będę dzielić życie? Kim będzie mój wybranek? Jak go poznam?
Zawsze szczyciłam się racjonalnym myśleniem, lecz gdy w grę wchodzi miłość, racjonalizm schodzi na dalszy plan.
Muszę przyznać, że poznanie miłości mojego życia nie było…hm.. Jak w powieściach romantycznych, którymi zasypywała mnie Ginny. Nie było spojrzenia sobie w oczy ten pierwszy raz, gdy przez całe ciało przechodzą dreszcze… tak, mnie to ominęło. Powiedziałabym raczej, że odkrycie, że jestem zakochana było bardzo bolesne, dosłownie..
No, bo jak inaczej nazwać upadek ze stu metrów? I oczywiście, że to nie była moja wina!
Ronald z Harrym uparli się głupio, jak zresztą zawsze, że nauczą mnie latać na miotle, sądzę, że po moim wypadku, który mógłby skończyć się tragicznie gdyby nie Snape, moi przyjaciele porzucą ten pomysł raz na zawsze.
Co do Mistrza Eliksirów… no skąd miałam wiedzieć, że to właśnie on? Żadna normalna kobieta nie brałaby pod uwagę związku z tym wrednym, aroganckim dupkiem z lochów! No a ja uważałam się za inteligentną kobietę… Dobrze muszę przyznać, że zrozumienie, że nie czuje już do Severusa Snape’a nienawiści, za te wszystkie lata, gdy mnie nie doceniał, zajęło mi trochę czasu, ale jemu przyznanie, że mnie kocha zajęło rok! Całe 365 dni! I jak to zrobił? Romantycznie? Z klasą? Z kwiatami? Chociaż z uśmiechem? Nic bardziej mylnego!
Wykrzyczał mi, że przeze mnie i przez moje gniazdo na głowie, nie ma już szansy na życie w samotności i spokoju, że nie może, co wieczór się upijać, że nie może całe dnie spędzać w laboratorium, że od rana do wieczora musi wiedzieć gdzie jestem, bo znając mnie i historie mojego życia, można podejrzewać, że zwykłe wyjście do kuchni skończy się walką z trzygłowym psem, i że on niestety, ale musi mnie pilnować, ponieważ nie ma zamiaru znowu przyzwyczajać się do innej gówniary, która będzie uprzykrzać mu życie…
Czemu się wtedy nie wściekłam tylko rzuciłam mu się na szyję z radością?
Ponieważ Severus nigdy nie miał nikogo, może poza McGonagall, kto by się o niego troszczył, nikt nie stawiał jego szczęścia na pierwszym miejscu.  Był zdany sam na siebie, nie miał przyjaciół, rodziny…, Śmierciożerca… Jaki by był gdyby jego ojciec pozwoliłby mu być sobą? Czy Severus miałby szczęśliwą rodzinę? Czy nie byłby taki skryty? Miałby w Hogwarcie przyjaciół? Może nie przystąpiłby do Voldemorta? Ale czy wtedy bym go pokochała? Czy miałby blizny na całym ciele, świadczące o odwadze i poświęceniu? Czy wtedy byłby z Lily… Może wybrałaby go, a nie Jamesa Pottera…
Wszystko mogłoby być inaczej, może lepiej…
Ale nie można użyć zmieniacza czasu, nie można przemówić do rozsądku Tobiasowi Snape… wiele razy, gdy leżałam w ramionach Severusa zastanawiała się, co by się stało, gdybym użyła zmieniacza, gdybym przeniosła się w czasie i porozmawiała z jego ojcem…
Severus mógłby wtedy mieć inne, lepsze życie. Ale nie zrobię tego, wiem, że nie można igrać z przeszłością, trzeba pozwolić by czas płynął… obiecałam sobie, że to ja sprawię, by Severus był szczęśliwy, by jego dalsza egzystencja była wspaniała, by miał radosne wspomnienia…
Dzisiaj jest wielki dzień… dzisiaj zostanę żoną mężczyzny mojego życia.
Czy się denerwuje? Oczywiście! A jak nie przyjdzie? Może stwierdzi, że jednak nie chce tracić czasu na wkurzającą gryfonkę…
Ale zaraz przypominam sobie słowa, które powiedział mi w czasie ostatecznej bitwy.
-Granger przeżyje- warknął- Nie marz się i uważaj na siebie do cholery! Masz cała i zdrowa pojawić się w Wielkiej Sali po bitwie, zrozumiano? Nie becz głupia! Nic mi nie będzie, nie umrę przed tobą, to ci mogę obiecać- mruknął z krzywym uśmieszkiem-, Co bym miał robić na tym świecie bez ciebie idiotko?
W jego wypowiedzi było tyle obelg w moją stronę, a ja płakałam, ponieważ okazywał mi troskę i miłość.
Skąd te wnioski po głupiej i idiotce?
Zakochana kobieta słucha sercem, Severus się martwił. Martwił się o mnie, bardziej niż o siebie.
Mężczyzna nie musi prawić kobiecie samych komplementów. Musi też być szorstki i bezczelny.
Musi wiedzieć, kiedy jego wybranka chce żeby był delikatny, a kiedy męski, nie może być tylko miły…
To nie jest prawdziwy mężczyzna! Musi być zazdrosny…
Severus jest zazdrosny o… wszystkich!  Warczy i przeklina, gdy obok mnie pojawi się jakiś osobnik męski.
Jest to słodkie i uroczę, ale gdy mu to mówię, prycha i wychodzi trzaskając drzwiami.
Jeszcze kilka godzin… ręce mi się zaczynają pocić, serce walić …
Nie będę sama, będą ze mną przyjaciele i … rodzina.
Odnalazłam rodziców, nie było łatwo, ale dzięki Ministerstwu i Severusowi , mam znowu przy sobie mamę i tatę, to właśnie mój ojciec odda mnie dziś Severusowi, to moja matka pomoże założyć i suknie, to moi przyjaciele będą świadkami zawarcia mojego małżeństwa z Mistrzem Eliksirów.
Moi przyjaciele… naprawdę się cieszę, że ich mam. Zawsze mnie wspierają, chcą mojego szczęścia…
Harry i Ron nie byli zachwyceni moim wyborem, lecz krzyczeli tylko dwadzieścia minut… jak na nich, to bardzo mało… może miało to związek z tym, że właśnie po tym czasie do pokoju wbiegła Pani Weasley i zaczęła mnie przytulać. Płacząc powiedziała, że cieszy się moim szczęściem, że z Severusem będę szczęśliwa… uwielbiam ją. Jest szczera i pomocna, zawsze mogę na nią liczyć.
A Ginny? Jest dla mnie jak siostra, odkąd zaczęłam uczyć się w Hogwarcie zyskałam wszystko, o czym marzyłam. Przyjaciół i mężczyznę, z którym spędzę resztę życia…
Dzisiaj jestem rozkojarzona, nie myślę racjonalnie, ale powinno mi pozostać to wybaczone.
Właśnie dziś zostanę Hermioną Snape..
W czasie Bitwy… na jeden okropny moment serce mi stanęło, to było w chwili, gdy madame Pomfrey powiedziała, że Severus znajduje się w skrzydle szpitalnym i jest w krytycznym stanie. Nie pamiętam jak z błoni znalazłam się przy nim, nie pamiętam ile siedziałam przy jego łóżku, czy cokolwiek jadłam…
Jak przez mgłę widziałam zaniepokojone twarze moich bliskich, ale nie słuchałam ich słów pocieszenia, ani dobrych rad. Ja miałam iść się położyć? Niby miałam odejść od łóżka Severusa?
A gdyby coś mu się wtedy stało? Gdyby … gdyby w jednej chwili odszedł, a ja nie mogłaby być wtedy przy nim? Gdybym została na świecie bez niego? Jak mogłabym żyć? Jak wstawać rano, gdybym wiedziała, że nie ujrzę go przy sobie? Więc siedziałam i czekałam… Teraz wiem, że minęło dwanaście dni, gdy Severus otworzył oczy, gdy spojrzał na mnie ze zmarszczonym czołem i wychrypiał, że wyglądam gorzej niż rozdeptany ślimak, a moje włosy wyglądają jakby strzelił w nie piorun…
Wtedy nie byłam w stanie nic powiedzieć, nie miałam zamiaru niszczyć tej chwili słowami, po prostu patrzyłam na niego przez łzy i czułam jak moje serce się uspakaja, jak wszystko wraca na swoje miejsce. I znowu czułam się szczęśliwa…

Nadszedł ten czas, mama uważa, że wyglądam jak księżniczka, nawet tata ma łzy w oczach.
Harry i Ron na mój widok się uśmiechnęli i przytulili mnie mocno.
Ginny popłakała się z Panią Weasley.
Wszyscy przyjaciele i cała rodzina patrzyła jak idę w stronę Severusa, widziała jak ten straszny nietoperz uśmiecha się na mój widok, tak prawdziwie, bez grama kpiny…
Jak chwyta mnie za rękę i szepcze coś do ucha…
Kocham cię Granger…
To był najpiękniejszy dzień w moim życiu…
Severus zawsze uważał, że jak zaciągnę go do ołtarza i wcisnę mu na palec to cholerne kółko, to nie mam, co liczyć na więcej takich ważnych dni…
Mylił się, a ja mam zamiar go o tym poinformować, właśnie dziś, w dzień naszego ślubu…
-Będziesz ojcem Snape….- Chyba takie zdanie będzie odpowiednie ….

                                                         


Napisałam tą miniaturkę przed chwilą... Miało być Lumione, ale musiałam napisać coś o Severusie Snape. Właśnie dzisiaj.
 Alan Rickman- utalentowany aktor. Dla wielu z nas na zawsze pozostanie Mistrzem Eliksirów...

piątek, 8 stycznia 2016

Świąteczny cud cz.II




 Miniaturka niezbetowana! Mam nadzieję, że wybaczycie późną porę, ale niestety dopiero teraz mam dostęp do internetu :)

Severus Snape nie miał zamiaru karać się za złe decyzje z młodości.
Wojna się skończyła i on miał prawo żyć szczęśliwie, nawet jeśli oznaczało to małżeństwo z panną – wiem- to- wszystko- choć- nikt- mi –tego-nie –kazał – udowadniać- a- czy- tak- to- robię- irytując- tym- Severusa- Wspaniałego- Snape’a.
Mistrz Eliksirów uśmiechnął się lekko do swoich myśli. Hermiona była zdolna , piękna i wytrzymywała jego jakże uroczy charakter, lecz  przy tym była uparta, wścibska, nadpobudliwa , pyskata…
Snape mruknął pod nosem przekleństwo i spojrzał na śpiącą obok niego kobietę.
Jak do tego wszystkiego doszło? Nie będzie sam  siebie okłamywał… Hermiona zaczęła go fascynować gdy kończyła szósty rok nauki, następnie przez całą wojnę , miał na względzie jej bezpieczeństwo. Tłumaczył sobie, że bycie profesorem do czegoś zobowiązuje, lecz Pottera i Weasley’a z chęcią zostawiłby na pewną śmierć… Gdy Czarny Pan został pokonany, Dumbledore zaproponował Hermionię stanowisko pani Pince.
Od tej pory panna Granger pracowała w bibliotece i Snape codziennie mógł… musiał ją widywać.
-Granger książka „Serum prawdy- dobra decyzja Mistrza Eliskirów”- warknął wchodząc do biblioteki i bez żadnych wstępów zażądał potrzebnej książki.
-Witam Hermiono- odpowiedziała była Gryfonka z wymuszonym uśmiechem- Jak się dziś masz? Może masz ochotę na kawę? A może…
-książkę potrzebuję Granger- przerwał jej – A nie twojego głupiego gadania.
-Ja nie gadam głupio- oburzyła się- Po prostu panu pomagam!
-W czym?- zapytał z krzywym uśmieszkiem.
-W umówieniu się ze mną- odpowiedziała patrząc mu w oczy.
-Gryfoni są jednak głupi- prychnął i wyszedł.
Gdy znalazł się w swoich kwaterach zaczął zastanawiać się, czy Granger mogła zauważyć jego  zainteresowanie… był szpiegiem do cholery! Przez laty nauczył się skrywać emocje, więc na pewno ta irytująca kobieta nie mogła odkryć jego uczuć… uczuć?
Snape starzejesz się!
Severus zamierzał właśnie nalać sobie whisky gdy ktoś zapukał do drzwi.
Przeklinając pod nosem, przybrał maskę wściekłego profesora i otworzył  z rozmachem drzwi.
-Granger?- zmarszczył czoło- Co tutaj robisz?
-Książka profesorze- powiedziała wyciągając przed siebie wolumin.
-Wystarczyło wysłać ją za pomocą magii- prychnął- Myślałem , że poziom twojej inteligencji…
-Moja inteligencja ma się dobrze – przerwała mu i trzęsącą się ręką zaczesała włosy za ucho- Chciałam…
-Czego ode mnie chciała księżniczka Gryffindoru?- zakpił.
-Ja…- spojrzała na niego z rumieńcem – Nieważne- powiedziała z rezygnacją i odwróciwszy się szybko odeszła.
-Granger- mruknął Snape z lekkim uśmieszkiem.
Następnego dnia przy śniadaniu Mistrz Eliksirów z zadowoleniem stwierdził, że panna Granger często zerka w jego stronę. Co oznacza , że zdobycie tego czego pragnął od pewnego czasu, może być łatwiejsze niż mu się wydawało.
-Severusie- wymruczała Hermiona otwierając oczy.
Snape przyciągnął ją do siebie.
-Nad czym myślisz?- zapytała wtulając się w niego mocno.
-Łatwo mi poszło zdobycie cię – odpowiedział rozbawiony.
-Zdobyłeś mnie?- zaśmiała się Hermiona- Kochanie , pozwoliłam ci się zdobyć!
-Oprócz rozmowy z Minerwą – powiedział- Nic nie zrobiłaś..
-Gdy wtedy przyszłam do Twoich kwater …- zaczęła i ułożyła się na jego piersi , tak że patrzyła mu w oczy- Wiedziałam…. , albo podejrzewałam , że coś do mnie czujesz, ale dopóki mi tego nie powiedziałeś nie miałam pewności.
-Jednak przeceniłem twoją inteligencje-  westchnął- Granger do cholery, czy nie zauważyłaś  , że nie należę do ludzi którzy znoszą irytujące gryfonki w swoich komnatach!
-Irytujące kujonki?- zawołała oburzona.
Snape odwrócił się tak, że znajdowała się pod nim.
-Nie oszukujmy się  - warknął- Jesteś irytująca , gadatliwa, wścibska …
-Tyle komplementów na raz z Twoich ust- prychnęła.
-Znaj moją dobroć- mruknął i pocałował ją namiętnie.

Snape wzniósł oczy do góry , po czym założył ramiona na pierś i patrzył na Hermionę krążącą po kuchni.
-Możesz już usiąść?- zapytał próbując opanować irytacje.
-Mogę- mruknęła, ale nadal krążyła.
-To siadaj do cholery i przestań się zamartwiać- warknął.
-Ale ja nic nie wymyśliłam- odparła zajmując miejsce obok niego- Mogę powiedzieć im wprost, lub być tchórzem i napisać do nich… albo…
-Albo po prostu ruszyć się , przenieść do Nory i przyjąć gratulacje- powiedział znudzonym tonem.
-Gratulacje?- zdziwiła się- Ale… oni nie wiedzą…
-Wiedzą- wzruszył ramionami.
-Jak wiedzą?!- wykrzyknęła wstając – Skąd?
-Gdybym czekał, aż z łaski swojej wrócisz to bym prawdopodobnie osiwiał- prychnął.
-Severusie Snape!
-Czego ty chcesz Granger?- zdenerwował się – Minerwa mi nagadała, ale myślisz, że zdradziła miejsce twojego pobytu?! Musiałem iść do tych głąbów i wydusić z nich gdzie mieszkasz!
-Rozmawiałeś o mnie z Harrym i Ronem?- zapytała i usiadła mu na kolanach- Zrobiłeś to?
-A czego się spodziewałaś?- warknął.
-Kocham cię- wyszeptała i pocałowała go czule- I nie musiałbyś długo czekać żebym wróciła- zarumieniła się- Chciałam dać ci jeszcze tydzień …, a potem zmusić cię, żebyś wreszcie przyznał że nie możesz beze mnie żyć.
-Więc do cholery nie potrzebnie użerałem się z tymi głąbami?!- wściekł się.
-Udowodniłeś , że mnie naprawdę kochasz – powiedziała z uśmiechem, po czym spoważniała- Jak zareagowali?
Snape prychnął wspominając spotkanie z Potterem i Weasleyem.

-Czego pan chce od Hermiony?- zapytał Harry marszcząc czoło.
- Nie wasz interes- warknął- Macie mi podać jej adres!
-Raczej nasz- odparł Ron- Hermiona jest naszą przyjaciółką!
-Niestety- prychnął Mistrz Eliksirów.
-Więc dlaczego mamy panu podać adres Miony?- zapytała Ginny stając w drzwiach.
-Nie..
-Niech pan nie powtarza się profesorze- poradziła rudowłosa- To jest nasz interes, zwłaszcza że ostatnio Hermiona cierpiała i teraz okazuje się , że to pan był odpowiedzialny za to.
-Byliście parą- domyślił się Harry.
-Jakby nie mogła znaleźć sobie kogoś…- zaczął Ron, ale zamilkł na widok wściekłego spojrzenia Mistrza Eliksirów.
-Kogoś młodszego, przystojniejszego i milszego dokończyła Ginny i westchnęła- Hermiona pana kocha, tego jestem pewna,  ona nie uznaje przelotnych związków, poza tym już dawno zauważyłam jak na pana patrzy- zamyśliła się- Mam nadzieję, że sprawi pan, że nareszcie nasza przyjaciółka będzie szczęśliwa…
-Nie są źli, że nie powiedziałam im?- zapytała Hermiona patrząc na niego z nadzieją.
-Widocznie są mądrzejsi , niż myślałem – odparł z niechęcią.
-Dzięki temu wreszcie mogę się cieszyć naszym związkiem bez żadnych ciemnych chmur wiszących nad moja głową- powiedziała z radością i pocałowała go w policzek.
-Oni by się od ciebie nie odwrócili idiotko- prychnął- Są na to za głupi!
-Musiałeś ich obrazić , właśnie wtedy gdy powiedziałeś coś co można uznać za komplement dla nich?- zapytała zrezygnowana.
-Oczywiście, że tak!- odpowiedział i przyciągnął ją bliżej- Zapamiętaj sobie Granger, jesteś moja i to mną masz się przejmować, a nie bandą półgłówków!
-Tak jest panie profesorze- wyszeptała z ustami przy jego ustach- Ale możesz nie nazywać ich…
-Griffindor traci dwadzieścia punktów przez ciebie- warknął wstając z nią w ramionach i skierował się do sypialni.

-Hermiona jesteś pewna , że chcesz być jego żoną?- zapytał Ron ze zmartwioną miną.
Hermiona uśmiechnęła się lekko i rozejrzała wokoło, po czym wskazała na swój strój.
-Chyba już trochę za późno na wątpliwości- zaśmiała się gładząc swoją suknie ślubną- Od godziny jestem jego żoną.
-Jesteśmy złotą trójcą!- machnął ręką Ron- Na pewno by nas posłuchali , gdybyśmy poszli do ministerstwa i…
-I zgłosili Twój zgon- wysyczał Snape stając za nim, rudzielec podskoczył przerażony co wywołało śmiech u Harrego i Ginny.
-Nie zgłosilibyśmy Twojego zgonu Ron- uspokoił go Harry.
-Oczywiście- przytaknęła poważnie Ginny i uśmiechnęła się iście szatańsko- Po kryjomu zakopalibyśmy cię w Zakazanym lesie!
-Coś z niej jeszcze będzie- przyznał niechętnie Snape i chwyciwszy Hermionę za rękę odciągnął od przyjaciół.
-Gdzie idziemy?- zapytała zaciekawiona.
-Dowiesz się jak już tam dojdziemy- mruknął tylko, zatrzymał się i objął ją mocno- Zaufaj mi.
-Zawsze ci ufam- odparła z czułością gładząc go po policzku.
Po chwili poczuła jak Severus ich teleportował.
-Gdzie jesteśmy?- zdziwiła się nie rozpoznając ulicy na której się znaleźli.
-Dom z czerwonej cegły- powiedział zakładając ramiona na piersi- Tam są Twoi rodzice.
-Co?!- wykrzyknęła i spojrzała na budynek- Ale… jak ich znalazłeś? Co oni tu robią? Mieli być w Australii!
-Niektórzy ludzie podświadomie czują, że ich miejsce jest gdzie indziej- wytłumaczył – Jesteś zdolna , ale nie na tyle by wymazać ich pamięć całkowicie.
-O czym ty mówisz?
-Twoi rodzice mają mgliste wspomniani małej dziewczynki z gniazdem na głowie- powiedział- Przywrócenie pamięci nie jest wcale łatwą sprawą, lecz to na pewno pomoże.
-Więc jak?- zapytała cicho , nie mogąc uwierzyć w to co się działo.
-Jestem Mistrzem Eliksirów- przypomniał jej i wyciągnął z szaty małą fiolkę- Muszą to wypić i…- nie dokończył ponieważ Hermiona porwała fiolkę i biegiem ruszyła w stronę domu- Niby jak ta idiotka chce ich przekonać do wypicia eliksiru?- prychnął idąc za nią.
Gdy stanął przed gankiem , Hermiona pukała już do drzwi.
-Niby jak…- zaczął , lecz Hermiona uciszyła go machnięciem ręki, co zanotował do zapamiętania, potem zrobi jej wykład, że na niego się do jasnej cholery nie macha!
Hermiona w tym czasie wyczarowała tace z czterema kieliszkami szampana, do dwóch z nich wlała eliksir, gdy to zrobiła drzwi się otworzyły.
-W czym mogę pani pomóc?- zapytała kobieta patrząc na Hermionę ze zmarszczonym czołem.
-Czy… ja…- była gryfonka wpatrywała się w nią ze łzami w oczach, Snape chrząknął, co przywołało Hermionę do porządku- Właśnie się pobraliśmy i okazało się, że mój mąż jako prezent ślubny kupił dom obok państwa, więc postanowiliśmy się przywitać i wypić toast, jeżeli oczywiście nie ma … pani nic przeciwko- dodała.
-Och , gratuluje!- zawołała Pani Granger i odwróciła się w stronę domu- Frank, chodź tutaj!
-O co chodzi?- zapytał pan Granger stając obok żony.
-Ta miła dziewczyna i jej maż wprowadzając się do domu obok!- wyjaśniła pani Granger- Przyszli się przywitać.
-To miło z państwa strony- Frank się uśmiechnął- Jesteśmy tu z żoną nowi, wprowadziliśmy się dwa tygodnie temu, więc miło poznać nam państwa- mężczyzna spojrzał z zaciekawieniem na Snape’a- Jesteście małżeństwem?
Mistrz Eliksirów, miał ochotę zamienić Granger’a w coś okropnego, małego co łatwo zdeptać.
Wiedział, że Frank jest zaskoczony , że młoda, piękna kobieta wyszła za … za niego.
-Tak- odpowiedziała Hermiona i podsunęła im tace- Wypijmy za nasz nowy dom!
-Wspaniały toast- pochwaliła pani Granger- Prawda Frank?
-Tak Mery- zgodził się Frank i wziął kieliszek.
Snape stanął obok Hermiony i zmusił się do uśmiechu.
-Więc za nowy dom- powiedział podnosząc kieliszek w geście toastu, cała trójka poszła za jego przykładem i wypiła szampana, po chwili państwo Granger stali się nienaturalnie bladzi.
-Czy to tak miało wyglądać?- przeraziła się Hermiona.
-Tak- warknął Snape i wepchnął Grangerów do domu.
Usadził ich na kanapie i stanął przed nimi z założonymi rękami.
-Co teraz?- zapytała Hermiona wpatrując się w nieruchomo siedzących rodziców.
-Czekamy- Snape wzruszył ramionami i usiadł w fotelu.
Hermiona nie mogąc ustać  w miejscu zaczęła rozglądać się po domu.
-Przypomina salon w naszym starym domu- wyszeptała.
-Podświadomość- przypomniał Snape.
-Czy…- zaczęła , lecz przerwała gdy jej matka się poruszyła- Mamo?- zapytała podchodząc do kanapy.
-Hermionka?- Mery spojrzała na nią zaszokowana- Hermiona!- zawołała i chwyciła córkę w objęcia.
-Hermiona?- gryfonka spojrzała na ojca znad ramiona matki.
-Tato- załkała.
Frank objął żonę i córkę i tak trwali.
Snape odwrócił wzrok, czując się intruzem.
-Córeczko , czemu …czemu byliśmy w Australii? Dlaczego nie pamiętałam o tobie Skarbie!- zawołała Mery.
-Musiałam to zrobić- powiedziała poważnie Hermiona- Inaczej Voldemort mógłby wam zrobić krzywdę!
-A teraz? Czemu już pamiętamy?- zapytał Frank i spojrzał na Snape’a.
Ten niechętnie wstał i podszedł do nich.
-Ponieważ uwarzyłem eliksir który wam przywrócił wspomnienia- wytłumaczył.
-Pan jest?- zapytała Mery i pisnęła patrząc na suknię córki- Wy naprawdę jesteście małżeństwem?
-Przecież on jest…- Frank zamilkł niepewnie patrząc na córkę.
-Trochę starszy i wredny- odpowiedziała Hermiona i uśmiechnęła się lekko- Ale kocham go, a on mnie, a teraz usiądźmy to wam wszystko opowiem.

-Nie wiem jak ci dziękować- powiedziała już setny raz Hermiona , gdy wraz z Severusem znaleźli się w jego komnatach… ich komnatach.
-Pomnik, wiersze na moją cześć …- zaczął wymieniać.
-Jesteś kretynem- zaśmiała się szczęśliwa i przytuliła się do niego- Dziękuję.
-Nie przemyślałem tego- mruknął, a widząc jej pytające spojrzenie westchnął- Sam sobie na głowę sprowadziłem teściów.
-Ale pomyśl o plusach tego stanu rzeczy- wymruczała mu do ucha.
-Niby jakich?- warknął rozpinając jej suknie.
- Gdy będziemy mieli dziecko, a najdzie nas ochota na pobycie tylko w swoim towarzystwie, moi rodzicie się nim zajmą- powiedziała kokieteryjnie.
-Dziecko?- powtórzył i spojrzał jej w oczy- Kiedy chcesz mieć to dziecko?
-Za dziewięć miesięcy- odpowiedziała przyciągając go do siebie- Więc panie Snape,… teraz pana ruch…
-Za dziewięć miesięcy- mruknął i pocałował ją gorąco- Wyzwanie przyjęte …









środa, 30 grudnia 2015

Sad end or catastrophy end..

I oto jest!
Miłego czytania!
Napiszcie swoje wrażenia! Kite napewno będzie wdzięczna :D




Sad end or catastrophy end.. maybe not?
Autor: Kite Millie

Brązowowłosa upita szczęściem cicho przemykała korytarzami Hogwartu. Lochy nigdy nie były najprzyjemniejszym miejscem, lecz od pewnego czasu czuła się tutaj jak w domu. Nie było jej zimno pomimo późnej a może bardzo wczesnej pory. Jego bluza na jej ciele niosła bezpieczeństwo, a jego orzeźwiająca woda toaletowa otulała ją. Drżała, ilekroć wciągnęła do płuc ten niesamowity zapach. Rozwiane włosy nieraz zasłaniały jej obraz, kiedy szybko przemierzała drogę do pokoju. Chciała znaleźć się u siebie, nie licząc wcześniejszego nakrycia jej przez któregokolwiek z nauczycieli. Położyć się w wannie pełnej wody i pomyśleć. Następnie zasnąć na cudownym łożu z baldachimem, który będzie jej przypominał właśnie jego. Oddać się w krainę Morfeusza, śniąc o nim.
Przez te sześć lat zapoznała się z wszelkimi sposobami ucieczki, zarówno głośnej jak i cichej, takiej by zmylić wroga, zablokować go czy schwytać. Tym razem cichutko jak myszka weszła do swego dormitorium, uważając, by nie zbudzić współlokatora. Nie lubiła się tłumaczyć. Nikomu, nigdy. Następnie oddała się wcześniejszym planom.

W jego czułych ramionach szybko przychodził sen.

Iskierki rozbłysły w jej czekoladowych oczach. Już rozbudzona, z błogim uśmiechem rozejrzała się wokół. Upewniwszy się, że ma jeszcze dużo czasu do śniadania i że nie jest już senna, położyła się z powrotem na łożu. Rękoma podparła głowę, nogi ugięła w kolanach, a jej rozmarzone spojrzenie śmigało w tę i wewte, przyglądając się zaczarowanym wężom. Baldachim w kolorze głębokiej czerni z odcieniem szmaragdu delikatnie powiewał pod lekkimi podmuchami wiaterku, który ochładzał pomieszczenie, wpadając przez uchylone okno. Kochała go. Tutaj nie tylko mowa o tym cudnym materiale. Już od jakiegoś czasu próbowała sobie wmówić co innego, lecz serce nie sługa.
Kiedy się skupiła, zrozumiała, że zamiast się wycofać, z każdym dniem brnie w to co raz głębiej.
Z początku nie bardzo jej się to podobało. Lecz z czasem zauważyła jego wzrok. Spojrzeniem głodnym, pełnym czułości czy zaborczości, gdy przytulała się do Rona, obdarzał ją niemal co dzień. Dawno temu nauczyła się nie zwracać uwagi na inwektywy. W każdej dostrzegać metaforę, by prawidłowo odczytać sens. W końcu nie miał szans. Uparta była, toteż skutecznie do celu dążyła. Czym on był? Jego sercem. Czy je zdobyła? Też pytanie, jej mottem stało się: zawsze będę mieć to, co chcę!

Czy to znaczy, że wszystko poszło jak z płatka? Niekoniecznie, gdyż byli szczęśliwi, czasu nie liczyli.. Posłuchajcie tej krótkiej historii:

To taka krótka historia,
Mogłam napisać jej kolejną część

VI rok, niełatwo jest nauczać tych półgłówków... Rozmowa z Dumbledore'em też nie poszła najlepiej. Jeszcze ten przeklęty pierścień! Tylko ona w tamtej chwili trzymała mnie na powierzchni. Mimo mego kłamstwa, a raczej niedomówienia chętnie spędzałem z nią każdą wolną chwilę. Przy niej odzyskałem dawną energię, zapał i, choć wydaje się to paradoksem, poczułem się młody i przystojny.
Chciałem do tego nie dopuścić. Oczywiście że chciałem, ba, nawet nie raz próbowałem. Było wiele przeciw, by związek nie miał racji bytu. Lecz ona była uparta. Nie bardziej ode mnie, lecz o uzależniłem się od tego. Tak słodko marszczyła nosek, gdy wydawała polecenia z rządzą mordu w oczach. Nigdy nie tupała nogą jak sześciolatka, zaczęła postępem kusić. Wpadłem. Była moją ostoją i nie wyobrażałem już sobie życia bez niej. Młody? Piękny? Z czasem uwierzyłem jej, że nie mówi tak, by mnie przekonać, lecz wierzy w to. Pokazała, że taki jestem dla niej i tylko to się liczyło!
Chcę się tym cieszyć, póki mogę. Zbyt wiele błędów popełniłem, by przejść przez życie wraz z nią. Wiem o tym i zdaję sobie sprawę, że to tylko mały prezent od Merlina. Teraz przyjdzie pora wykonać brudną robotę i umrzeć. To nie będzie wystarczające. Nie dla mnie.

 – Harry, Harry co się stało? – bezwiednie potrząsam nim, chcąc wydobyć informacje. On niepewnie chwieje się na nogach i mija chwila, nim zaczyna mówić.
 – Dumbledore nie żyje – wykrztusza z siebie.
Zastygam, Ron także. To nie koniec nowin.
 – Snape go zabił! – teraz krzyczy, a ja w duchu czuję ulgę, że są tu zaklęcia wyciszające, i niedowierzanie. Przesłyszałam się, racja? On nie powiedział tego, co ja myślę, że powiedział. Albo.. pomylił się!
 – Harry! – wydzieram się tak, że uspokajają się natychmiast i wstrząśnięci przenoszą na mnie wzrok. – Powtórz raz jeszcze – cicho nakazuję, jak robot.
 – Snape zabił – przełyka głośno ślinę – Dumbledore'a. Na wieży astronomicznej – dodaje po chwili. – Widziałem to. – Stwierdza fakty.
Razem z Ronem powoli podchodzą do okna, by popatrzeć na rozchodzących się uczniów. Wiatr mocno wieje, deszcz zacina.
Staram się nie wpaść w panikę, myśleć racjonalnie. To nie może być prawda. Na raz rozlega się grzmot, a ja wybiegam tajnym przejściem, kierując się do lochów. Chłopcy nie zwracają na mnie uwagi, zajęci obserwowaniem. I dobrze.
Ślizgoni znikają w przejściu PWŚ, ja zaś niepostrzeżenie skradam się do komnat Mistrza Eliksirów.
Pusto. Siadam na fotelu ustawionym tyłem do wejścia. Kiedy nauczyciel wchodzi do środka, nie zauważa mnie. Idzie prosto do barku z alkoholem. Nalewa sobie Ognistej Whisky i już bierze szklankę do ust.
Machnięciem różdżki rozpalam ogień w kominku. On, zdezorientowany, podskakuje lekko. Szybko obraca się w moją stronę z różdżką w ręce. Mierzy we mnie. Zauważam, że szatę zmoczyła mu Whisky, a i po brodzie kapią kropelki płynu. Normalnie roześmiałabym się, widząc go w takim stanie, a on na to zmarszczyłby tylko brwi, mówiąc pod nosem: I co do cholery jest takie śmieszne?! Lecz to nie była ani normalna, ani tym bardziej odpowiednia chwila.
Na mój widok podnosi lekko brew, lecz opuszcza różdżkę.
 – Granger – warczy. – Jak widzę, nie straszna jest ci avada. – Kpi sobie, ścierając rękawem ciecz kapiącą z brody.
Po chwili kontynuuje nalewanie alkoholu, nie zwracając na mnie uwagi. Musiało go zaintrygować moje milczenie, dlatego podnosi wzrok, by dostrzec mój poważny wyraz twarzy. Unosi drugą brew, niemo pytając, o co chodzi.
 – Jak? – pytam szeptem, prawie niezauważalnie dreszcze przebiegają mi po plecach.
Jednym haustem opróżnia swą szklankę i kolejną, zanim decyduje się przemówić.
 – Zwykle zaklęcie uśmiercające, chyba poznałaś je na IV roku?
Jego szorstki głos i kpiny nie uspokajają tej rzeki myśli, jaka przepływa mi przez głowę. Ranią tym, że mi nie ufa. Lecz czy ja w takiej sytuacji powinnam mu jeszcze ufać?
 – Dlaczego? – uświadamiam sobie, że mój głos przypomina robota. Zimny, ani cienia uczuć.
 – To dłuższa historia. – Usilnie stara się mnie zdenerwować, lecz w ten wieczór ja nie jestem podatna na kłótnię. Nie dam się sprowokować.
 – Widzisz, Severusie – szok lekko wypełnia jego oczy, podpowiadając mi, że się tego nie spodziewał, nie w tej chwili, i tak szybko jak się pojawił, znika w bezkresnej ciemności. Mówię wolno, lecz dobitnie. – Ja już siedzę – by poprzeć te słowa rozpieram się bardziej na fotelu, zakładając nogę na nogę – nic mnie raczej z nóg zbić nie może. – Nie potrafię sobie odpuścić tej drobiny złośliwości. Nie wobec niego. – Mów. Słucham uważnie – pstrykam palcami, by za chwilę trzymać w nich kieliszek wina. Obserwuję go z rosnącą ciekawością, niczym drapieżnik. Ciekawe, co dziś jeszcze mi powie? Jak będą brzmiały jego kłamstwa. Wino w ten czas cierpnie mi na języku.


Wiedziałem, że to się stanie. Prędzej czy później. Poniekąd byłem na to przygotowany. Zaś z drugiej strony zaskoczyła mnie.
Żeby od tak przychodzić do mordercy i żądać wyjaśnień?! Jeszcze spokojnie siedząc sobie w pomieszczeniu. Tylko on i ona.
Nie boi się, nie okazuje nawet cienia strachu. Potrafię to wyczuć.
Lecz tu nie wyczuwam. Kiedy po raz wtóry taksuję ją wzrokiem, ona siedzi niewzruszenie jak skała. Kiedyś dawno by już trzasnęła drzwiami, lecz nie dziś. Dlaczego do cholery?!
Nie bojąc się niczego, przypuściła atak frontalny. Dała mi do zrozumienia, że nie ruszy się stąd, nawet z moją pomocą, dopóki nie dowie się wszystkiego.
Nie mogę wyjść teraz z roli. Nigdy nie dbałem o ten świat, ale o nią tak! Dla niej musi w końcu być bezpiecznie! Ja? Zginę tak czy siak: przysięga to wariant pierwszy. Mało? Wariant drugi: zostanę zabity w walce. Wniosek? Nie przeżyję tej wojny.
Nigdy się co do tego nie łudziłem, w przeciwieństwie do niej. Ciężko było mi słuchać jej wyobrażeń o pokoju na świecie. Mówiła, że będzie pomagać w odbudowie szkoły i zastanawiała się, czy będzie musiała powtarzać rok i czy zda OWUTEMY... Tworzyła wizje, nieraz zastanawiając się, co powie rodzinie i jak przyjaciele zareagują na wieść o naszym związku.
Nie mogę jej powiedzieć, załamałaby się.
To ja muszę być pewny, że jasna strona wygra. Że ten dureń pokona tego kretyna i nastanie pokój.
Nie mogę wyjść z tej roli. Maska zimnego drania znowu gości na mojej twarzy. Widzę jej lekkie drgnięcie powiek. Nie przypuszczała, że jeszcze kiedyś mnie tam zobaczy. Nie sam na sam.


 – Sądzisz, że Ci powiem, tak? Przeliczyła się pani, panno Granger – cmokam z niezadowoleniem. – Zanim jednak opuścisz moje kwatery, odpowiesz mi na jedno pytanie – ciągnął, nie spoufalając się z nią. – Czy to ja według Ciebie zabiłem Dumbledore'a?
Musiał to usłyszeć. Jego umiejętności nie mogły się stać wykrywalne, nawet przez nią. Musi być perfekcyjnie przygotowany, by ocalić świat. W podświadomości prycha na to stwierdzenie. Chrzanić świat, musi ocalić ją!
Ona podnosi się majestatycznie, jej wzrok ogarnia całą moją postać. Kiedy jest już przy drzwiach, odwraca się, jakby w zamyśleniu kiwając głową na boki.
 – To dla mnie troszkę za dużo jak na jeden raz, Sev – jej głos lekko się załamuje. – Nie jestem głupia i ty dobrze o tym wiesz. – Miała rację, cholerną rację. – Za dużo się teraz dzieje, bym Ci mogła na to odpowiedzieć. Wiem i czuję – przykłada dłoń do lewej piersi. – jak było naprawdę, lecz, potrzebuję czasu – mówi, jak gdyby ją to bolało. – Muszę być pewna tego, co robię i mówię, a w tej chwili – przełyka łzy, by szybko wyrzucić z siebie ostatnie już dziś słowa. – Nie potrafię ci zaufać, Severusie. Wybacz – jej dłoń zaciska się kurczowo na klamce. – Wybacz.

Powiedziałam coś głupiego i...

Wszystkie emocje wylewają się z niej jakby tama pękała. Najpierw pojedyncze krople, następnie fale. Gwałtownie szarpie stare drzwi, by zniknąć po chwili. On dostrzega jeszcze zaciśnięte do krwi pięści i słyszy rozdzierający szloch w czasie, gdy drzwi powoli domykają się.
Trzask! Jego maska pęka, a on bierze zamach. Szklanka z kapką whisky leci.
Plask! Ciecz rozpryskuje się na wszystkie strony, szkło w licznych odłamkach spoczywa na podłodze.
Istne pobojowisko – nie tylko w jego komnatach, także w umyśle. Skrzaty to załatwią w pokoju, on musi się wyciszyć.
Być twardym, dla niej! Nie podda się, póki ona nie będzie bezpieczna!
Jego rysy wygładzają się w chwili aportacji. Pada na kolana tak szybko, jak tylko jest w stanie, by zadowolić beznosego czubka. Lecz ON i tak jest usatysfakcjonowany.
Nie dostał dziś prezentu, by spisał się na medal. Lewa ręka Czarnego Pana po raz kolejny okazała się niezwykle lojalna. Wszyscy świętują, a on planuje dalsze kroki pod wodzą ciemnej strony.
Nigdy nie był wśród nich wesoły. Wesoły Snape? Słyszał ktoś o czymś tak nierealnym?! Dlatego teraz nikogo nie dziwi jego szyderczy uśmiech; w rzeczywistości ponury.
Od dziś przyczynia się do zwycięstwa i odniesie je. Lecz za jaką cenę. Po raz kolejny rani najbliższą mu osobę, by chronić ją! Czy to źle? Racjonalnie ocenił, że to I dobry uczynek. Naprawdę dobry i za to musiał już wypić!
Nie wierzyłam, kiedy mówił, że kocha mnie
Myślałam zgubi mnie w tłumie, zdradzi z tobą lub z nią, za jakiś czas
Żadna z was nie zrozumie, jaki poczułam strach
Bałam się miłości, którą on chciał mi dać

Lód skuwa moje serce. Może wreszcie ono pęknie?
Organ pozostał w miejscu pustki.
Bez serca nie da sie żyć... Ja swoje zostawiłam przy nim.

Moja codzienność mnie zmienia, sama nie wiem już, czy potrafię żyć

Bladła. Chudła. Z każdym dniem coraz mniej życia w niej było. Wszyscy to zauważyli, lecz nic nie mogli z tym zrobić. Każdego odpychała od siebie. Cienie pod oczami robiły się mocniejsze z dnia na dzień. Nikomu nie pozwalała się do siebie zbliżyć. Przysparzała im dodatkowych zmartwień, nie obchodziło jej to. Nic już jej nie obchodziło.
Nie mogę nikomu powiedzieć o nim. To nie byłoby uczciwe! Mieliśmy powiedzieć im o tym razem!!! Jak śmiałeś?! Do cholery Severusie, jak mogłeś mi to zrobić?!!
Szloch nieustanny dobiega zza ściany jej sypialni. Słyszą go co chwilę pomimo zaklęć. Mają przecież pokój, połączony zresztą, zaraz obok niej.
Mieszka teraz w Norze. Postanowili, że chwile spędzone z „rodziną” jej pomogą. Jej własna została odnaleziona i zamordowana przez Voldemorta. Dla niej zgodzili się, by Dracon Malfoy również zamieszkał z nimi. Nie chciała żadnego kontaktu fizycznego i tylko on był w stanie przebić się przez tę skorupę. Kiedy, bardzo rzadko, drzwi do jej pokoju były uchylone, to właśnie Ślizgon siedział z nią, przytulał ją. Razem patrzyli za okno, wpatrywali się w sufit, liczyli kolorowe kropki na ścianach. Harry’ego i Rona bardzo to irytowało. To oni byli jej przyjaciółmi, nie ta fretka!
Od dłuższego czasu nie wydała z siebie dźwięku, choćby jednego słowa. Gestami porozumiewała się z Molly czy Arturem, lecz tylko w najpilniejszych sprawach dotyczących jedzenia czy sprzątania. Wszyscy uważnie ją obserwowali, jeśli chcieli uzyskać odpowiedź. Nie próbowali już się do niej przytulać, łapać za rękę czy kłaść dłoni na ramieniu. Wzdrygała się, ilekroć coś takiego miało miejsce. Nawet przelotny dotyk wywoływał u niej dreszcze.
Z początku myśleli, ze to uraz powojenny i strata rodziców tak bardzo ją przytłoczyła, lecz w Mungu nic nie wykryli.

Sama o tym wiedziała. Nie potrzebowała mogomedyków do tego. Prawdą było, że to ona była ich lekarstwem na depresję po Fredzie, Tonks, Remusie i innych. Opiekowali się nią, zamartwiali tak bardzo, ze na dłuższą żałobę nie było czasu. Nie chcieli przecież dopuścić do następnej.

Ukrywam w sobie marzenia, dobrze wiedząc, że
Żadne z nich beze mnie nie spełni się

Szkoda tylko że ona tak nie potrafiła. Sama przeżywała żałobę. Zaśmiała się histerycznie, co wystraszyło Dracona gapiącego się w okno, by przejść po chwili w cichy płacz. Gdyby Severus to wiedział. Czarny, przecież to był jego ulubiony kolor. Kochał, gdy chodziła w czerni.


Być może Ślizgon zauważyłby jej nikły uśmiech, bo przyglądał się jej uważnie, lecz ona siedziała z nogami podwiniętymi pod brodę, głową schowaną. Nie mógł nic dostrzec, nawet jeśliby chciał.

Jak mogłam tak powiedzieć mu?
Jak mogłam nie zatrzymać słów?

Dźwigła się na nogi i cicho wyszła z pomieszczenia. Przyjaciel za nią.
Musiała pomyśleć. Nie tu.
Wybiegła przed dom, nie zważając na krzyki rudzielców i blondyna.
Aportowała się.



I wreszcie nadszedł ten czas: dziś miał się odbyć jego pogrzeb. On, pośmiertnie odznaczony orderem Merlina I klasy, jak cała Złota Trójca. Gdyby mógł, zapewne prychnąłby z pogardą, mimo że w kącikach oczu zbierałoby się szczęście.
Zebrali się wszyscy na polanie. Nad ziemią zbierały się gradowe chmury. Wicher przemieszczał liście w te i z powrotem. Pochówki reszty odbyły się dobę wcześniej. Najpierw uczniów, następnie nauczycieli, członków Zakonu. Oni spoczęli na wzgórzu, niedaleko Bijącej Wierzby, gdzie zrobiono cmentarz.
Jego zaś mięli pochować na błoniach, jako bohatera. W ten dzień nikt nie był grzebany, by oddać należny mu hołd.
Nie wszyscy chcieli się na to zgodzić się na to zgodzić, lecz Minerwa była nieugięta. Z pomocą Dumbledore’a – jego portretu – przekonała ich co do słuszności tej decyzji.
Jak ona chciała się wtedy odezwać. Wykrzyczeć im wszystkim, ze to właśnie on, nikt inny, tylko on na to zasługuje.
Ale nie mogła...

I pozwolić tak po prostu, by odejść mógł

I tak oto w ten deszczowy dzień siedzieli, niektórzy stali, otaczając trumnę. Ciemna była, czarna, hebanowa idealna dla niego. Nikt nie podchodził, by się pożegnać. Skrzynia była pusta. Ciała nie znaleziono. Zdrajcy Czarny Pan nie odda – tak powiedziała Minerwa na jednym ze spotkań, wzdychając ciężko.
Kilka osób wygłosiło mowę. Tak po prawdzie nie było tam nic pochlebnego. Mówili o odznaczeniu, o tym co robił. Większość w szoku słuchała wywodu o Snape’ie szpiegu, nie mogąc w to uwierzyć. Nie mówili o tym, jaki był. Cóż... może rzeczywiście dobrze zrobili? Dla nich był draniem...
Oh... ona tak chciała móc coś powiedzieć...
Nie zdołała.
W pewnym momencie, kiedy podnieśli różdżki w górę, mocny podmuch wiatru strącił jej apaszkę z szyi, jej ulubioną, bo od niego. Czarno – czerwony materiał w subtelną kratkę poleciał w kierunku trumny i spoczął w miejscu, gdzie byłoby jego serce. Ułożył się na kształt węża.
Zauważyły to tylko trzy osoby: Ona, dyrektorka i Dracon. Ta dwójka od razu spojrzała na zakapturzoną damską sylwetkę, która uśmiechnęła się lekko, czego oni nie zauważyli. Prawie dostali zawału, gdy połapali się, kto to jest. Już od trzech dni jej nie widzieli, odkąd zniknęła. Od dwóch miesięcy też nie widzieli jej uśmiechniętej. Nie wiedzieli, co o tym myśleć, lecz cieszyli się, że nic jej nie jest.
Ona w myślach podziękowała naturze za ten mały prezent. Szybko wyczarowała podobną chustę, by nikt się nie zorientował. Lecz było już za późno.
Wychowawczyni i Ślizgon już chcieli wyciągnąć różdżki, by sprawdzić, czy to na pewno ona. Miesiąc wcześniej skończyła się II Bitwa o Hogwart i od tego czasu ona prawie w ogóle nie używała czarów. Aportacja czy jakieś proste zaklęcia to i owszem. Ale nie pełnowymiarowa, a już na pewno nie bezróżdżkowa magia! Nie widzieli jej za dokładnie, lecz ta peleryna z pewnością należała do niej!
Ten lekki uśmiech zakropiony był dawką dumy. On pewnie przewróciłby tylko oczami, lecz w nich ujrzałaby kapkę satysfakcji. Ona w tym momencie poczuła, jak ciepło ją otula. Nawet jeśli jego już nie ma, ona się nie zmieniła. Ani odrobinę, pod względem charakteru oczywiście. Zawsze umiał ją przejrzeć, niemalże na wylot, więc przy nim nie musiała udawać. Tych zaklęć nauczyła się w samotni, to jest kiedy sama siedziała w pokoju... Nikt nie patrzył, zaczęła ćwiczyć pod osłoną Silencio. Po dwóch tyg. umiała podstawy, resztę szybko opanowała. Dwa dni przed jego pogrzebem zaczęła ćwiczyć klątwy, biało – i czarno – magiczne. Wychodziło jej to z każdą następną coraz lepiej.
Nawet się nie spostrzegła, a ceremonia już się skończyła. Wszyscy zaczęli się powoli rozchodzić w kierunku Wierzby bądź aportować do domów. Dziewczyna jednak zważywszy na zaciekawione spojrzenia coraz częściej zwracane w jej kierunku – wcześniej zamyśleni spoglądali nic nie widzącym wzrokiem przed siebie bądź plotkowali – wyciągnęła różdżkę i aportowała się jako pierwsza z tego sporego tłumu. Nim ktokolwiek zacząłby się domyślać, kim była postać, jej już nie było. Zawiedziona tym była jedynie dwójka przyjaciół. Chcieli zobaczyć, czy nic jej nie jest. Nie zdążyli i nie mogli w to uwierzyć. Pustka jednak boleśnie dała im o sobie znać.



Uwielbiam noc. Właśnie dzięki niemu ją ubóstwiam. Dziś akurat jest pełnia. Kocham to. Jego trumna lśni w blasku księżyca, oświetlając lekko okolicę. Nie mogę zostać tu długo, lecz nie potrafię się oprzeć.
Pokusa, to ona nas do siebie zbliżyła. Kąciki ust podnoszą się lekko. Nie minęło wiele i ja nie zapomniałam. Nigdy tego nie zrobię.
Podchodzę szybkim krokiem, naśladując go, i dotykam matowego drewna. Tablica jest piękna, mimo to mnie tu czegoś brakuje. Lekko rysuję ukochanym nożykiem deski. Wyżłabiam węża. Chwilę przypatruję się temu, po czym nacinam opuszek kciuka lewej ręki. Krew spływa po nożu. Kieruję ją prosto do szczeliny. Po niedługim czasie zaleczam duży palec i przyglądam się swemu dziełu.

Gdybyś tylko teraz wiedział, jak jest mi źle...

Księżyc idealnie oświeca hebanowe deski, z których po lewej stronie, na wysokości serca prezentuje się czarna róża.
Zaklęcie udało się. Na ten widok szczery uśmiech zakwita na mej twarzy. Krew napoiła roślinę, więc dopiero po kilku dniach będę musiała się tu zjawić ponownie. Przynajmniej teraz wygląda tu jak należy, jest coś ode mnie.
Po chwili zerkam na zegarek i klnę szpetnie, po czym się delikatnie uśmiecham. Severus byłby w tej chwili dumny ze mnie. Nigdy się nie ograniczał przy mnie, nie chciałam tego. I proszę czym to poskutkowało. Zasiedziałam się.
Machnąwszy różdżką, znikam pod osłoną blednącej już nocy.



W Norze od kilku dni panował straszny zamęt. kiedy trzy dni przed pogrzebem Snape’a szatynka aportowała się, wszyscy wpadli w panikę. Po chwili Draco ich uspokoił. Sugerował, że powinna pobyć trochę sama. Nic złego jej się nie stanie. Lekko przestraszeni i zmartwieni powrócili do swych zajęć. Pod wieczór napięcie wzrosło, a kiedy rano stwierdzono, że nadal jej nie ma, nawet Ślizgon zaczął się zastanawiać, co jest grane. Była jego najlepszą przyjaciółką, zawsze mówiła mu o wszystkim. Sen nie przyszedł do niego tej nocy, następnej też nie.
Kiedy tydzień po ceremonii McGonagall przybyła do nich na obiad, po dziewczynie nadal ani widu, ani słychu. Nauczycielka pokrzepiła ich, mówiąc, że Hermiona to mądra, młoda kobieta. Wie, co robi. Poza tym to nie jest pewna, lecz chyba ją widziała. Opowiedziała im o tym, nie wciągając w to blondyna. Była świadoma tego, że na pewno miał jakiś powód, by nie mówić o tym zbyt szybko.


Draco w tym czasie pogrążony był w swoich myślach. On w przeciwieństwie do dyrektorki wiedział, że to była ona. Miał pewność. Wszędzie rozpozna jej nieugiętą sylwetkę. Wychwycił po jej postawie, że się zmieniła. Stała prosto, ukrywając się, lecz jakby lekko. Jej kręgosłup nie miał zbędnego bagażu. Prawie jak w czasie ostatniego roku. Wciąż była w skowronkach i to wtedy pierwszy raz porozmawiał z nią. Pomógł jej, gdy rzuciła Rudego. Ona uratowała go. Nie to żeby ją kochał! Nie jak dziewczynę, bardziej jak siostrę, której nigdy nie miał. Dzięki niej nie zabił Dumbledore’ i to ona ukryła go, gdy o to poprosił, mimo że nie za wiele jej powiedział, prawie nic, ukryła go.
Potrzebował tego czasu, by ogarnąć, co nią kierowało. Wpadł na to kilka dni temu, lecz nie bardzo chciał w to wierzyć. Wydawało mu się to nierealne. Przez te dni zrozumiał, że to była prawda. Kochała go. A on z pewnym uśmieszkiem zdziwił się, jak mógł tego nie zauważyć! Był Ślizgonem, do diaska! A to ona zachowała się jak jego żeńska wersja, tak dobrze ukrywając to.. przed wszystkimi. Zrozumiał z niemałym zdziwieniem. Pasowali do siebie.

Wszyscy podskoczyli, gdy drzwi zamknęły się z hukiem.


Teraz kiedy jestem z wami tu,
Czuję siłę swoich słów

Brązowowłosa piękność szła ulicą Pokątną. Była kobiecym ideałem. Okryta czernią, na ramionach hebanowa peleryna. Mężczyźni oglądali się za nią. Ona nie zwracała na nich uwagi. Jej mocno czerwone usta oblizywały lizaka w kształcie kulki. Czarnego jak smoła lizaka.
Zwróciła się do jednego z najbardziej uczęszczanych przez nią klubów. Wystrój odpowiadał jej samopoczuciu. Ciemno, wszędzie chmary dymu z papierosów. Podeszła szybko i usiadła przy barze.
 – Ognista whisky z lodem, limonką i miętą, Ben – wycedziła do mężczyzny czyszczącego szklanki, /stojącego tyłem do niej./
On obrócił się po chwili i uśmiech rozjaśnił mu twarz, gdy spojrzał na dziewczynę.
 – Miona, dawno Cię tutaj nie było – zaczął radośnie. – Zmieniłaś się – otaksował ją wzrokiem i gwizdnął, na co ona podniosła brew.
Kobieta rzuciła jednoznaczne spojrzenie na szklanki i alkohole.
 – Jasne, już spieszę – zaśmiał się kelner, by po chwili postawić przed nią drinka.

Może los da mi szansę znów

Szybkim ruchem przytknęła szklankę do ust i jednym haustem wypiła całość.
 – Jeszcze raz to samo – rzekła do kolegi.
Ben zdziwiony przyszykował kolejny napój.
 – Ładnie to tak upijać się w ciągu dnia, panno Granger? – Ten głos, tak doskonale jej znany, rozległ się tuż przy jej uchu.
Ona prawie ze stołka spadając, odwróciła się, by ujrzeć, jak mężczyzna z jej snów wypija jej trunek.
 – Nie myślałaś chyba, ze uda ci się ode mnie uwolnić? – prychnął szyderczo na widok moich rozdziawionych w niedowierzaniu ust. – Podjęłaś decyzję, teraz nie pozwolę ci się wycofać – dodał po chwili.

Jego uśmiech stał się szelmowski, kiedy otaksował mnie wzrokiem. Spodobało mu się – pomyślałam pewnie.
Nie spuszczając wzroku z niego, powiedziałam:
 – Dzięki, Ben.    

Ten lekko kiwnął głową w szoku. Snape... był na jego pogrzebie, c’nie?
Ona chwyciła mężczyznę za rękę i zniknęli po chwili.


O nic nie pytała, naparła na niego, zarzucając mu ręce na szyję i wpiła się w jego usta. Tak za tym tęskniła. Odwzajemnił to. Włożyli w ten pocałunek wszystkie swoje emocje. Jej gniew, kiedy to chciała go znienawidzić, że nic jej nie powiedział o sprawie siwobrodego. Jego niemoc w tamtej sytuacji. Jej udrękę, tak bardzo wariowała bez niego. Jego niepewność, gdy nie był przekonany, czy aby na pewno wszystko poszło dobrze. Ich miłość i oddanie, nie potrafiłaby bez niego żyć, przywróciłby zza grobu, gdyby tylko mógł.
Pocałunek najpierw był namiętny, a potem przeszedł w czuły i delikatny.

Porozmawiali dopiero następnego ranka.
 – Kocham Cię, wiesz o tym? – zapytał, przyciągając ją do siebie.
 – Wiem – przysunęła się do niego jeszcze bliżej. – Ja ciebie też – położyła się na nim, a na jego ustach wycisnęła słodki pocałunek. – Ja... po prostu potrzebowałam czasu – zaczęła, jąkając się.
On lustrował ją uważnie spojrzeniem.
 – W tym dniu obwody mi się przeciążyły – zaśmiała sie lekko, powodując delikatny uśmiech na jego twarzy. – Nie masz mi tego za złe? – spytała zmartwiona, z wyczekiwaniem patrząc mu w oczy.
 – Nie, Miona – odparł, muskając jej usta. – A co z tobą?
 – Hm? – zdziwiła się kobieta. – Nie bardzo rozumiem.
 – Nie jesteś na mnie zła, że ci o niczym nie powiedziałem?
Zturlała się z niego, zanim odpowiedziała.
 – Tak, to znaczy byłam i to bardziej wściekła niż możesz sobie wyobrazić, lecz... zrozumiałam. Potrzebowałam chwili. Poza tym to było jedno, właściwie niedomówienie – uśmiechnęła się promiennie do niego.
 – Ale musisz mi coś obiecać – powaga w jej głosie uczuliła Severusa, by uważnie słuchał. Niemo pokazał, by kontynuowała. – Obiecaj mi, ze nigdy, ale to nigdy Severusie mnie już nie okłamiesz.
 – Obiecuję! – wyszeptał prosto w jej ucho.
 – I mam do ciebie pytanie: jak właściwie przeżyłeś?
 – Zdolność metamorfoga jednak na coś się przydała – odpowiedział z chytrym uśmiechem.
 – Naprawdę? – spytała z ciekawością.
 – Tak – przytaknął. – A teraz ty mi daj na coś odpowiedź, tylko nie kłam – zastrzegł poważnie, unosząc się z łóżka.
 – Dobrze  – zdziwiona odpowiedziała. – Będę uczciwa, choć – dodała, marszcząc brwi – ja zawsze taka jestem!
– Wiem – przewrócił oczami.
Ukląkł przy łóżku zwrócony w jej stronę.
 – Hermiono Jane Granger, uczynisz mi ten zaszczyt i zgodzisz się zostać moją żoną? – spytał poważnie, otwierając malutkie, srebrne pudełeczko.
Kobieta, która dotąd klęczała na kolanach na łóżku, zakopana w pościeli, z wrażenia spadła z łóżka. Na szczęście prosto na niego.
 – Ja.. – nie myśląc za wiele, zaczęła go całować. – Tak, tak, tak! – szeptała z każdym pocałunkiem coraz głośniej.
Kiedy wstali, Severus założył narzeczonej pierścionek na palec i pocałował namiętnie, po czym odsunął ją od siebie. Ona zamroczona, on za złośliwym uśmieszkiem na ustach. Dobrze wiedział, że nie zawsze potrafi logicznie myśleć przy nim.
 – Za 5h ślub, kochana – spokojnie mówił, jak gdyby nigdy pościeliwszy łóżko. – Chyba chcesz się przygotować? – To mówiąc, posłał jej smirka i wyszedł z komnat.
Ona oparła się o drzwi, zagryzając wargę.
 – Zabiję go kiedyś – pomyślała ze śmiechem.

Ich pamiątkę ślubną stanowił tatuaż magiczny na nadgarstkach: symbol nieskończoności z napisami:


W drzwiach stała kobieta. Młoda, łudząco podobna do ich przyjaciółki!
Pani Weasley przyłożyła lewą rękę do serca, oddychając głęboko.
McGonagall krzyknęła krótko.
Artur zakrztusił się pitą herbatą.
George upuścił ulubiony kubek, który rozleciał się na miliony kawałków.
Zaś nowa Złota Trójca Hogwartu z wrażenia spadła z kanapy, na której jeszcze przed sekundą siedzieli.
Ginny natomiast, która w tym czasie schodziła po schodach, wyrżnęła jak długa z ostatnich kilku stopni. Nie wiadomo, jak stanęła normalnie przy schodach, nie ucałowawszy podłogi.
Wszyscy wgapiali się w czarną postać, która patrzyła na nich ze złośliwym smirkiem. Zastanawiali się, czy sie czymś nie struli bądź nie mają zbiorowego snu.
Wygląda na to, ze odzyskali przyjaciółkę, lecz... w jakiejś dziwnej wersji. Jakby przypominającej Snape’a!
 – Zamknijcie buzie – poleciła im grzecznie. – Nie wyglądacie zbyt inteligentnie – prychnęła jeszcze, nim przeszła do kuchni.
Jak jeden mąż wykonali jej ‘rozkaz’, a Draco, pierwszy otrząsnąwszy się z letargu, pobiegł ją uściskać. Reszta nie bardzo wiedziała, co robić. Nie było jej prawie 3 tyg.
Uściskawszy Dracona, wyszeptała mu cicho do ucha.
– Nawet nie wiesz, jak mi cię brakowało, Smoku.
O mało się chłopak nie popłakał. Przed chwilą przemówiła po raz I od dłuższego czasu, a teraz coś takiego!
– To najmilsze co dotąd usłyszałem – odparł jej cicho.
Ta zaśmiała się lekko, powodując jego uśmiech.
– Wróciłam! – zawołała, odwracając się do wszystkich z lekkim uśmiechem.
– To naprawdę ty, Mionka? – zapytali razem Harry, Ron i Ginny.
Każdy z niepokojem wyczekiwał odpowiedzi. Co prawda nie było to zbyt jasne. Nie poznali jej, bo... Wyglądała.. inaczej. Pięknie, ślicznie, seksownie?! Jej twarz ozdabiały lekkie, puszyste loki pachnące limonką. To akurat wyczuł blondyn podczas tulenia. Były krótkie! Ścięła włosy – uświadomiło sobie całe damskie towarzystwo w jednej chwili. Przewiązała je czarną bandaną, którą McGonagall skądś kojarzyła. Jej usta ubarwione w odcieniu ognistej czerwieni oraz kocie oczy na powiekach. Rzęsy chyba malowane – zastanawiały się panie, studiując jej twarz od chwili wejścia. Ubrana była w karmazynową sukienkę przed kolana, czarną skórzaną ramoneskę; a na nogach miała lśniące czernią glany.
Nie poznali jej ani tych ruchów, tej postawy. Stała przy blacie, szukając w kredensie szklanki. Sięgnąwszy po przezroczą z akcentem czarni, przytaknęła:
– Tak. – Obróciła się do nich, pstrykając palcami. Po chwili oblizała krawędź lampki, przymykając oczy na chwilę. Na jej twarzy pojawił się uśmiech z serii „ja coś wiem, a ty nie!” – I nie tylko ja! – To mówiąc, pstryknęła po raz wtóry palcami.
Na jej ramieniu pojawił się czarny kruk. Majestatycznie wypiął się, zwracając uwagę rodziny na siebie. Upewniając się, ze ich zdezorientowane miny nie znikną tak szybko, wyjątkiem był Draco, który puścił jej oczko, powiedziała:
– No, a teraz zrób to swoje czary-mary – kruk przewrócił oczami! mógł przysiąc blondyn – i naciesz się ich minami. Wiem, że chcesz! – zdradziła z bananem na twarzy.
Nikt nie chciał się odezwać, nadal spodziewając się halucynacji. To musiał być sen! Na ich oczach kruk zakrakał, przeleciał na środek pokoju i już po chwili przy kominku stał nie kto inny jak Severus Snape, Postrach Hogwartu we własnej osobie!
– Ginny, uszczypnij mnie – rzekło dziecię, które pokonało Czarnego Pana.
– I mnie – rozległy się zewsząd głosy.
Severus w tym czasie miał ubaw po pachy. Zdecydował, że musi się później odwdzięczyć swojej żonie. posłał jej niepostrzeżenie szelmowski uśmiech, na co ona odpowiedziała zmysłowym ruchem języka, zmazując drobiny szminki. Musiał się opanować, do cholery! Nie pośród Gryfonów, Hermiono!
McGonagall pierwsza z okrzykiem bojowym ruszyła na niego, na co Hermiona ze śmiechu zakrztusiła się whisky. Smok poklepawszy ją lekko po plecach, rzucił lekkie Silencio, by zapytać:
– Hermi, wiesz, że nie jestem ślepy? – Dziewczyna uśmiechnęła się lekko. – Jesteście razem, prawda? Dlatego tak rozpaczałaś, dlatego...
Jego wywód przerwała skinieniem głowy i posłaniem mu lekkiego spojrzenia. Odczytał je poprawnie i powiedział:
– Gratulacje! – przytuliwszy ją mocno, zdezaktywował zaklęcie.
Jej mąż w tym czasie odpowiedziawszy na wszystkie zawiłe kwestie, posłał w jej kierunku badawcze spojrzenie. Skinęła mu głową, wyrażając, że wszystko jest w porządku.
Teraz najtrudniejsza część – oboje zdawali sobie z tego sprawę. Westchnęli zgodnie, po czym zbliżyli się lekko do siebie.
– To jeszcze nie wszystko – zakomunikowała szatynka, siadając obok Mistrza Eliksirów.
– Tak – poparł ją, biorąc za rękę.
Zarówno dyrektorka jak i państwo Weasley wymienili między sobą spojrzenia. Szybko, pomimo szoku, rozgryźli, o co im chodzi. Draco położywszy swe dłonie na ramieniu Seva i miony, przekazał im swoje wsparcie, obserwując przyjaciół. Pozostała czwórka nie zauważywszy niczego szczególnego, wpatrywała się w nich.
Młoda para popatrzyła na siebie, po czym kierując spojrzenia na swych przyjaciół, kolegów i rodzinę, oświadczyła:
– Jesteśmy razem.
Spokojny jej uśmiech, jego z satysfakcją. Gratulacje od rodziców rudych istot. Opiekunki Gryffindoru oraz Dracona, omdlenie Harry'ego I Rona. Nikogo to specjalnie nie zdziwiło.
Ginny po chwili przyłączyła się do życzeń, tłumacząc, że nie spodziewała się tego, ale bardzo cieszy się ich szczęściem.
 - Lecz skoro tak to my również chcemy coś ogłosić - zapowiedziała rudowłosa, podchodząc do stojącego za nimi chłopaka.
 - My również jesteśmy parą - dokończył blondyn, przyciągając ją do siebie.
Obudziwszy się właśnie chłopcy, usłyszeli to i ponownie zemdleli, na co wszyscy przypomni wybuchnęli śmiechem. Kiedy się uspokoili parze złożono gratulacje i wyjaśniono pewną kwestię.
 - Wiecie co, chyba zaszła pomyłka - zaczęła Hermiona, patrząc z niepokojem na Seva.
 - O co chodzi, Miona - dopytał blondyn.
 - Może najpierw przenieśmy ich w bezpieczne miejsce - oświadczył Severus, patrząc na nieprzytomnych Gryfonów z obrzydzeniem. Domyślił się, o co chodzi jego kobiecie i postanowił ją uwolnić trochę od tego. Im szybciej powiedzą, tym szybciej stąd wyjdą, a potem... - Gotowi są dostać zawału, usłyszawszy wyjaśnienia - zadrwił mężczyzna.
 - Kontynuujcie - zaczął Ron, pomagając wstać Harry'emu z podłogi.
Usiadłszy z powrotem na kanapie, oparli się o zagłówki i oznajmili:
 - Chyba nic gorszego już nie możemy usłyszeć - westchnęli ciężko.
Na to Hermiona powstrzymała śmiech, lecz młody Ślizgon nie. Nie mógł przestać się chichrać. Natomiast na obliczu Mistrza Eliksirów wykwitł zaś złośliwy smirk, mówiący: 'Chcecie, to macie!'.
 - Jesteśmy Z Hermioną...
 - Tak, wiemy - przerwał mu Ron, krzywiąc się - razem. To nic nowego.
 - małżeństwem - dokończyła szatynka, wpijając się w usta czarnookiego. Oh ten jego przeklęty uśmiech - przez niego (nie panowała nad sobą!) trafiał ją szlag!
On, nie mogąc się powstrzymać, teleportował ich do swych komnat, zostawiając rodzinkę w stanie głębokiego szoku. Nie wszystkich oczywiście. Draco wciąż się śmiał, a gdy zerkał, jak Potter i Łasic szczypią się, najmocniej jak potrafią, wybuchał śmiechem od nowa. Ginny siedziała rozbawiona, co chwilę całując blondyna, by w końcu przestał się śmiać. George stwierdził, że Snape ma jednak gust, więc poszedł się przewietrzyć, odprowadzając profesor McGonagall do zamku. Ona przed wyjściem wymieniła tylko wiele mówiące, a dokładnie: 'You know what I mean', spojrzenia Z Arturem I Molly.
A co z młodym małżeństwem?
Przyjmijmy, że to, co się dzieje w prywatnych komnatach Severusa, zostaje w prywatnych komnatach Severusa, więc...
Cicho Sza!
Może los da mi szansę znów...